Tadeusz Żurowski

Walka o popiół

Kiedyś byłem wielkim zwolennikiem zakładania stowarzyszeń zawodowych. Myślałem sobie, że w nowych
czasach, w nowym ustroju, tchniemy nowego ducha w te stowarzyszenia, że staną się one zarzewiem
nowego.

Dzisiaj już wiem, że byłem naiwnym głupcem. Gdyby można było o te 15 lat cofnąć czas, walczyłbym
przeciw zakładaniu stowarzyszeń, bo już wiem, że to pokolenie jest zbyt skażone komuną. Lepiej by było
poczekać ze zrzeszaniem się jeszcze te 50 lat. Przez swoje niemal genetyczne schorzenie mentalne
zakładamy post-komunistyczne potworki, tak samo przypominające prawdziwe stowarzyszenia, jak nasz
sejm przypomina angielski parlament.

My, pokręceni dziedzice socrealizmu, zakładamy stowarzyszenia zawodowe na wzór ZMP, ZMS czy ZSP.
chcemy, żeby stowarzyszenie nas chroniło przed samotnością, żeby zbliżało nas do ciepła władzy, żeby
nam coś darmo lub półdarmo dawało. Dlatego do zarządu wybieramy krzykaczy, pęczniejemy z dumy,
kiedy dostajemy do tzw. “konsultacji” projekty przepisów, albo gdy minister udzieli audiencji naszemu
prezesowi, oczekujemy od sądu koleżeńskiego, żeby nas bronił przed klientami. Dlatego protestujemy
przeciw podnoszeniu składek. Dlatego wreszcie jesteśmy w tych stowarzyszeniach kompletnie bierni, nie
przychodzimy nawet na walne zebrania – to zarząd ma coś robić; po to dostał władzę.

Miałem ostatnio przyjemność uczestniczenia w zorganizowanym przez PSDRN spotkaniu z prezesem
amerykańskich doradców rynku nieruchomości, panem Anthony Souza. Jego słowa przypomniały mi, po
co warto zakładać stowarzyszenie, jak dobierać członków, jaki w końcu powinien być styl jego działania.
Nie zgadniecie! Celem stworzenia amerykańskiego stowarzyszenia nie było reprezentowanie członków
wobec władz, krzewienie wiedzy o zawodzie, ani inne tego typu komunały, które znajdziecie w statutach
wszystkich polskich stowarzyszeń.

Amerykańscy profesjonaliści zrzeszają się po to, żeby stworzyć elitę zawodową, wyodrębnić się od
profanów, od partaczy, od zawodowego motłochu. Dlatego starannie dobierają nowych członków: każda
kandydatura jest poddawana ocenie każdego członka. Najważniejszym ich dokumentem jest kodeks
etyczny i to brany bardzo serio, nie tak jak u nas. Na pytanie z sali, czy amerykańscy profesjonaliści rynku
nieruchomości ubezpieczają się od odpowiedzialności cywilnej, żywcem przypominający sierżanta Garcię
pan Souza powiedział: staramy się robić wszystko tak ostrożnie i tak solidnie, żeby nie narazić naszych
klientów na straty – to najlepsze ubezpieczenie. Każdy z nas stosuje zasadę, że klient musi wiedzieć tyle
co on sam – żadnych przemilczeń.

Amerykańskie stowarzyszenie swojej pozycji nie mierzy stopniem zażyłości z ministrem. Nie czyni z
kursów i seminariów działalności zarobkowej. Mało tego: nie “krzewi wiedzy”, nie wychodzi ze szkoleniami
na zewnątrz. Ich seminaria mają charakter wyłącznie wewnętrzny i służą pogłębieniu interdyscyplinarnej
wiedzy członków. I ostatnia rzecz: oni płacą wysokie składki i od kandydatów żądają bardzo wysokiego
wpisowego. Składki, które pozwalają im na przyzwoite prowadzenie działalności. Wiedzą bowiem, że
wysokie składki stanowią skuteczną zaporę przed inwazją zawodowego motłochu.
Zastanówcie się: do jakiego typu stowarzyszenia wolelibyście należeć? Wolicie walczyć o ogień, czy o
popiół?