Weźmy sprawę w swoje ręce

Tadeusz Żurowski
Weźmy sprawę w swoje ręce.


       Pół roku po nieodpowiedzialnym zahamowaniu przez Ministerstwo Infrastruktury procesu licencjonowania rzeczoznawców, pośredników i zarządców – a więc wszystkich trzech zawodów obsługujących rynek nieruchomości, możemy chyba zastanowić się trochę nad światem.
       Samo zablokowanie PKK i KOZ-y to oczywisty przykład tyleż głębokiej, co niefrasobliwej niekompetencji następców prof. Bryxa i dyrektora Jędrzejowskiego. No cóż – na cechy osobowe nie ma rady. Jest to jednak dobra okazja, żeby uświadomić sobie, jak złym pomysłem było powierzenie troski o rozwój naszych zawodów państwowym urzędnikom. Obserwowaliśmy przecież absurdy, jakie co i raz pojawiały się z powodu uczynienia z nadawania uprawnień zawo-dowych w trybie decyzji administracyjnej. Trzeba sobie jasno powiedzieć – w systemie demokratycznym administracja rządowa nie powinna wtykać swojego nosa w proces rozwoju zawodów, nawet tak dla nas nowych, jak te związane z obsługą rynku nieruchomości. Tak wiem, sami na to daliśmy kilkanaście lat temu przyzwolenie. W końcu jednak trzeba z tym skończyć. Normalnym rozwiązaniem w innych krajach jest zgoda na swobodną konkurencję, a tam gdzie zdecydowano się na licencje czy jakąś inną formę kontroli zawodu, dzieła tego podjęły się – i to całkiem skutecznie – instytucje pozarządowe, jak stowarzyszenia, związki, czy instytuty. Czy tylko Polacy są – jako społeczeństwo – zbyt niedojrzali, żeby te sprawy wziąć w swoje ręce? Czy w roli „surowego ojca” koniecznie musi u nas wystąpić urząd, a w praktyce po prostu niekompetentny urzędnik?
       Oczywiście, kontrola państwowa ma swoją mocną stronę – siłę ustawowego przymusu. Popatrzmy na zapis znajdujący się w ustawie o gospodarce nieruchomościami – wykryty brak licencji może skończyć się nawet karą aresztu. Chciałoby się powiedzieć: uff, co za barbarzyński obyczaj! Czy naprawdę aż tak boimy się zdrowej konkurencji, że potrzebna nam osłona ministerstwa i groźba aresztu? Pomyślmy nad tym.
       Droga demokratyczna, samorządowa, jest trudniejsza, ale uczciwsza. Związek zawodowy, którym np. może być Federacja, musi najpierw długo i mozolnie budować w wolnym społeczeństwie swoją reputację. Musi codziennie udowadniać, że jest bezstronna i uczciwa. Musi podjąć trud prowadzenia ustawicznego powszechnego szkolenia swoich członków i rygorystycznego egzekwowania od nich podnoszenia swoich kwalifikacji. Musi też wypracować przyzwoity arbitraż, który bezstronnie będzie brać w obronę poszkodowanego. Jeśli dopracuje się takiego (dodajmy: sprawnie funkcjonującego) systemu, przynależność do niej będzie nie tylko zaszczytem, ale i najlepsza rekomendacją. Klienci szybko zrozumieją swój interes w zatrudnianiu wyłącznie tych, którzy mogą poszczycić się rekomendacją Federacji, jeśli przyłożymy się do tego, to taka rekomendacja będzie znaczyć bez porównania więcej, niż rządowa licencja. Przecież wszyscy wiemy, że system egzaminowania nie jest w stanie rzetelnie sprawdzić fachowej wiedzy delikwenta. Ogranicza się raczej do sprawdzenia znajomości przez niego przepisów, a te przecież szybko się zmieniają.
       Taki system działa w wielu krajach i po obu stronach Atlantyku. Brytyjski RICS, czy amerykański IREM to przecież wysoko rozwinięte instytucje pozarządowe. A posiadacze ich certyfikatów cieszą się najwyższym szacunkiem zawodowym na całym świecie. Czy tylko my musimy niewolniczo trzymać się carskiego wzorca systemów nakazowych?
       Kontrola rozwoju zawodu przez organizacje pozarządowe stawia jednak jeden twardy warunek – ludzie działający w tych organizacjach muszę świecić przykładem, muszą stanowić wzorzec uczciwości, bezstronności i społecznego zaangażowania. Organizacje społeczne są takie, jak tworzący je ludzie. Nie może tu być przyzwolenia na nepotyzm, kumoterstwo, czy fałszywe rozumienie interesów grupowych. Znamy takie niechlubne zachowania z samorządów innych zawodów i z własnego doświadczenia dobrze wiemy, że nie budują one dobrej reputacji, tylko nieufność, a nawet pogardę.
       Obawiam się, że ten warunek uczciwości i autentycznego zaangażowania będzie trudny do spełnienia. Jako społeczeństwo jesteśmy przecież mocno zdemoralizowani. Jednak chyba nie mamy wyjścia. Jeśli sami nie zadbamy o to, zrobią to inni i tylko będziemy za nimi nosić teczkę. Więc chyba warto?